Excerpt for Enter - Polish Edition po polsku by Aleksander Sowa, available in its entirety at Smashwords

Enter


Aleksander Sowa


Copyright by Aleksander Sowa 2011


Smashwords Edition


ISBN 978-83-272-3313-4


Aleksander Sowa

Wydawnictwo Autorskie Wydawca

www.wydawca.net


All rights reserved.


Ten ebook może być używany wyłącznie przez osobę, która go kupiła. Nie może być ponownie sprzedawany, kopiowany, rozpowszechniany (w częściach lub całości) lub wypożyczany innej osobie. Jeśli chcesz się podzielić tą książką z kimś innym, należy kupić dodatkową kopię. W celu pełnego odbioru konieczne jest połączenie z Internetem i system audio.


Opole 2011


Od autora


Oto cyfrowa opowieść multisensoryczna o miłości, samotności, uczuciach. Eksperyment formy łączący obraz, dźwięk i tekst. Posiada cechy pamiętnika, książki artystycznej i powieści hipertekstowej. Dźwięk i film, jako element cybernetycznego tła, jest obecny dzięki odsyłaczom. Natomiast hipertekst umożliwia czytanie nielinearne, choć tradycyjne jest także możliwe – wybór należy do Ciebie. Brak tu miejsca na tradycyjną fabułę czy akcję, w zamian znajdziesz samodzielne fragmenty (leksje) połączone tematycznie i nawigacyjnie. Są zapiski o miłości, samotności, złu, bólu i przeznaczeniu.


Fragmenty, z których stworzono ten utwór wyświetlano ponad 135 tysięcy razy na blogu oraz w portalach **** i ****** Zapraszam.


Kiedy marzysz o mężczyźnie


Kogokolwiek uwiedziesz, jakiekolwiek słowa wypowiesz, niczego to nie zmieni. Tak samo jak brzoskwiniowa szminka, czerwona sukienka z ciepłego lnu, jajeczkowanie i push up Triumph’a.

Nawet jeśli mądrych ksiąg tysiące przeczytasz, nawet jeśli kłamać przestaniesz, nawet jeśli czarodziejski biały kamyk znajdziesz, nadal będziesz tylko sobą. Nie powstrzymasz się od grzechów, nie będziesz się tylko nimi cieszyć. Jesteś kobietą, która nie wie, czego chce, ale nie spocznie, dopóki tego nie dostanie. Czyste, aksamitne zło, kolorowy kwiatuszek wabiący głupie muszki. Pociągająca, silna-słaba, fascynująca jak ogień. Zagubiona, mała, bezbronna dziewczynka z moralnością ulicznicy. On, następny on i jeszcze jeden on. Mężczyźni do lizania, jak znaczki pocztowe. A w pokoju, z widokiem na niebo, na półce klaser on-line. Wciąż zimna, nieświadoma, że być może tylko o jeden oddech dalej czeka ktoś, kto właśnie marzy o Tobie. Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma nazwę. Nazywamy je nadzieją. Marzyć trzeba, a żyć niekoniecznie, nawet jeśli najpiękniejsze kwiaty człowiek dostaje na własnym pogrzebie.

Kiedy zgasną usta, dotyk i spojrzenia, pot wyschnie już na Twoim staniku, nie zostanie nawet popiół z życia. Zostanie skórka pomarańczy, wyblakłe oczy i złuszczona emalia z pośladków. Zrozumiesz, że nie zostało Ci już nic. Zupełnie. Tylko mały wyrzut sumienia o najcenniejszym znaczku, który przeciekł Ci pomiędzy wargami. Zostanie perełka do zabawy z wibratorem, 100-procentowy superkochanek.

Wreszcie pójdziesz gdzieś na zawsze, nie wiedząc dokąd. Przyjdzie zegarmistrz światła po Twój jaskrawy kolor. Zrozumiesz, że się pomyliłaś. Lodowata, jak sopel lodu, kropla strachu spłynie pomiędzy mleczne piersi. Wraz z nią przebije Cię zatruta goryczą myśl, że nie masz pewności czy przypadkiem życie nie było dotąd snem i właśnie przyszedł czas się obudzić... Samotnie.

Jesteś kobietą, której nie można mieć. By kochać bez oddechu, mężczyzna musiałby zmienić się w kamień, drzewo, wodę i rozmyć się w Twoim istnieniu. Bo jego słowa przy Tobie stają się ulotnymi, nie zaś wyrytymi w białym kamieniu. On woli być nieogolonym skrzypieniem podłogi, niż przeraźliwie przeźroczystą tęsknota za Twoją doskonałością. Nie zniesiesz przecież więzienia wierności, miłości i strachu.

Dziś wyobrażasz sobie, że myślisz jakbyś miała lat trzydzieści. Wyglądasz na lat blisko dwadzieścia, a postępujesz tak, jakbyś miała niecałe dziesięć. Cóż, każdy okres ma własne przywileje i coś, czego nie można przeboleć. Więc pilnuj marzeń, by nie zostały Ci tylko one. Zbierz w dłoń chwile i zamknij je w tym pokoju, gdzie spędzaliście pierwsze słodkie, jak wata cukrowa między zębami, noce, odgrodzeni wstydem i brakiem zahamowań. Wsłuchana w śpiew duszy usłysz szepczące sumienie, że powinnaś stać się tym, kim jesteś. Nie tym, kim chciałabyś być.


Homo Sapiens Supernowa


Heteroseksualna, inteligentna, wesoła, niezależna? A przy tym jest Ci tak niewyobrażalnie smutno jak mi? Jeśli tak, koniecznie musisz to przeczytać.

Lecz nie czytaj, jeśli wciąż chcesz wierzyć w spełnienie marzeń. Kim jestem? Znajdziesz mnie w szeptach traw, spojrzeniu kocich oczu, usłyszysz w locie ćmy, milczeniu drzew. Jestem Twym cieniem, kiedy śpisz.

Mijamy się na ulicy i oddychamy przez chwilę tymi samymi cząsteczkami powietrza. Mogę, mógłbym, mogłem być spełnieniem Twoim marzeń. Każdy ma kogoś takiego jak ja. Jak dalece wierny rzeczywistości może być obraz innego człowieka, jaki tworzysz w wyobraźni? Kto, naprawdę jest niewidomy? Kiedy poznajesz drugiego człowieka? Sekundy, minuty, godziny, dni, spojrzenia, gesty, słowa, zdania – mijają się jak pędzące pociągi. Stoimy na peronie, myśli i niespodziewanie gaśnie światło. I nagle, kiedy nam się wydaje, że znamy kogoś drugiego, pojawia się niespodziewanie Wielki Wybuch, po którym powstaje ktoś nowy, obcy.

Homo Sapiens Supernowa. Wprawdzie Supernowa przypomina Ci białe i czerwone wino, mleko z kawą też przypomina, bukiety róż, mokre plecy, płomienie, miętę, Pragę, której niedane było nam poznać. Przypomina pierścionek na Moście Karola, Wieżę Piastowską i spacer na wyspie, ale nagle okazuje się, „że już nie mogę czuć tego, co czujesz, i nie możesz czuć tego, co ja czuję”.

Każdy utwór, piosenka, każda nuta przypomina Ciebie, ale nie potrafię znaleźć odpowiedniego określenia, odpowiednich słów, co do uczuć. I choć seks jest we mnie, obok mnie, był i będzie, emocje, hormony, dotyk słów oraz szept dłoni. Wszystko to teraz jest już bez znaczenia, jak śnieg z roku 1994. Wiem tylko, że maj zawsze będzie już pachniał tak samo, a ja będę Cię czuł w powietrzu, słyszał w śpiewie ptaków i widział w nocy wśród drzew. Tyle, że teraz obraz się zamazuję i znikasz sprzed oczu.

I to boli najbardziej. Śmierć za życia jest bowiem najbardziej bolesnym rodzajem zejścia w Hades. Paradoksalnie najbardziej okrutnym nie dla umierającego, ale dla tych, którzy umarłego kochali. Patrząc teraz ze straszliwie odległego, nieomal bezludnego wzniesienia czasu, widzę siebie z zachwytem świętującego narodziny uczuć do Ciebie, ten dzień, kiedy pierwszy raz Cię spotkałem, ale... Zamiast Ciebie jest tam ktoś inny.

Moje serce, niczym ciężki karabin maszynowy, seriami szatkuje kolczaste wspomnienia jeszcze sprzed Twojej śmierci. Nic to, bo serce odrośnie do rana, byś następnego dnia, znów mogła mnie zabić. Jestem obok.

Ale to jest zbyt daleko, abym mógł być spełnieniem Twoich marzeń. Nie pytaj, za co Cię kocham, bo nigdy nie odpowiem, zapytaj raczej dlaczego. Mimo że krew chlupie mi w butach, wciąż chciałbym zostać z Tobą chociaż jeszcze jeden dzień. Chyba jestem zakochany beznadziejną miłością. Musiałem się tym z kimś podzielić. Trafiło na Ciebie.


Czerwona sukienka


Czterdzieści sześć chromosomów, siedemdziesiąt trzy kilogramy, moje tam ma ileś centymetrów, a iloraz inteligencji jest o wiele niższy niż u Dody, ale na szczęcie wyższy niż u orangutana. Jestem mężczyzną niedoskonałym, który radzi sobie doskonale. Ale czegoś mi brak.

Od kobiet różnię się budową morfologiczną, anatomiczną i zachowaniem. Choć czasem mój przyjaciel ma pewne wątpliwości. Chyba coś w tym jest, bo przecież w zależności od dnia cyklu miesiąca mój mózg jest od 40% do 60% mózgiem kobiety. Ponadto mam stopę rozmiaru 40 przy 175 cm wzrostu i więcej niż metrowym obwodzie klatki piersiowej. Bez stanika, którego naturalnie nie noszę, tak samo jak sukienki, choć właśnie o niej będzie.

Sekret zawsze jest pociągający, dlatego nie od razu wyłożę na stół wszystkie kolorowe szkiełka Twojej wyobraźni. Tym bardziej, że nie to jest teraz ważne, a priorytety mam inne. Istotne jest, że za jeszcze jeden dzień z Czerwoną Sukienką oddałbym wszystko, bo byłby to jeszcze jeden dzień w raju. Last minute nie do pogardzenia nawet dla Adama i Ewy przed ich wegetariańskim, fatalnym posiłkiem.

Myślę o Czerwonej Sukience. Ale żeby z nią być, musiałbym doszczętnie wymazać z głowy rejestr podsycany hipnotycznymi wizjami. W nich jest pożądanie, tęsknota i namiętność. Jest kolor, zapach, nastrój i spokój. Musiałbym zapomnieć o tej nieznośniej świadomości, że choć nieprzerwanie czuję ananasowy smak jej ust, to przygniata mnie nieznośny ciężar. Ołowiany płaszcz bezlitosnej świadomości swych uczuć. Pajęczyna miłości, strachu, tkliwości, namiętności, nadziei i żądzy oplatającej zwoje kory mózgowej. Z wrośniętym w nią krwistoczerwonym korzeniem grzechu przynależności, wysysającym soki z mych myśli.

Czym jest czerwona sukienka? Natchniona piórami zadumanych poetów, namalowana pijanym pędzlem kubistów i odśpiewana przez anielskie chóry czarnoskórych śpiewaków po LSD. Łzawa w filmie z Meg Ryan, wesoła, gdy zamiast niej jest Wojciech Pokora. Przerażająca, jeśli rodem u Braci lub samej Dyrekcji. Dla jednych jest ciepłem, dla innych tylko wygodą. Czasem burzliwa i chętna. Czasem jasnowłosa i ciepła jak letni wieczór, kiedy indziej znów zimna, jak woda pod lodem kasztanowego koloru. Bywa kompromisem, pójściem na ugodę, umową, konsensusem i wynikiem rozstrzygania sporów. Może być decyzją, zobowiązaniem, interesem życia. Patrzeniem w tę samą stronę. Dla każdego jest przecież czymś innym.

My, dzieci pokolenia Gadu-Gadu, populacja przełomu wieków, milenijne mutanty po czarnobylskim nowym roku, coraz częściej jesteśmy terminatorami uczuciowymi.

Plazmatyczne wizje pozwalają nam widzieć miłość wszędzie wokół siebie, ale nie pozwalają jej nam naprawdę odczuwać. O losie! Skandal, to kłamstwo, zakrzykniesz „Kopernik była kobietą!”. Tymczasem barometr uczuć ani drgnie, potwierdzając bezlitosne słowa. Seks, kasa, układy, lepsza praca, znajomy szefa, płaski telewizor, Świątynia Opatrzności, kosmetyki dla kobiet, które znają swoją wartość, lepszy samochód, mieszkanie z balkonem w centrum, laptop z Internetem, oral z finałem w ustach, wycieczka na narty w Dolomity, Windows Vista i żadnych siwych włosów.

Umysły nasze, niczym w scenariuszu kolejnego Batmana nieustannie zatruwane są jadem współczesnych zwyrodniałych mediów, kreując fałszywe wyobrażenia rzeczywistości. Zastępują nam wzruszenie, ciekawość, wolność wyboru i Czerwoną Sukienkę. Wybierz pralkę, potrzebujesz soli do kąpieli, dzięki tabletce wyleczysz raka i śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową. Twojemu kocurowi jądra są niepotrzebne, tak jak czerwona sukienka Tobie. Przecież jesteś tego warta, bo 28% kobiet nie przeżyje nigdy orgazmu a bycie swingersem jest cool...

I myślę dalej o Czerwonej Sukience, rozdwojony niczym kłoda siekierą. Kto z nas jest nieszczęśliwy bardziej: ja – nie wierząc w jej istnienie z zaszytymi nićmi wspomnień oczami czy ja – który Czerwoną Sukienkę spotkałem, choć wiem, że wiara w nią jest bez sensu?


Mój największy grzech


Może w dniu sądu ostatecznego zapyta ktoś w piekle, co było moim największym grzechem za życia. Odpowiem bez wahania, byłaś nim Ty i moja miłość do Ciebie.

Nim jeszcze pierwsi ludzie pojawili się na ziemi, pewnego dnia słońce znudzone rozgniewało się i nie wzeszło, zasypiając na dnie wielkiego, zielonego jeziora. Tego ranka całą ziemię zamiast świtu spowiły ciemności. Gwiazdy mrugały i świeciły na niebieskim sklepieniu. Jednak i one się w końcu zmęczyły oraz zapłakały. By nie zalać ziemi potopem łez, każda gwiazda uroniła po jednej łzie. Kiedy upadły na ziemię, każda rozbiła się na dwie identyczne połówki, z których z fantastyczną metamorfozą stwórcy, powstała kobieta i mężczyzna. Każda para jednak trafiła w różne, oddalone od siebie miejsca, w dwa inne światy. Od tego strasznego dnia każdy mężczyzna i każda kobieta samotnie wędrują po świecie w poszukiwaniu drugiej polowy, w poszukiwaniu swojej gwiazdy. A kiedy się znajdują, jedna gwiazda gaśnie na niebie. Bo to ich gwiazda. Dlatego tak wiele wciąż ich jeszcze świeci i nocą niebo jest tak przerażająco piękne.

Zapytałem kiedyś przyjaciela czy spotkał kiedykolwiek kobietę, która doprowadza do obłędu, paraliżuje wyostrzone do granic możliwości zmysły, zapiera dech w piersiach i przyciąga niczym magnes bezsilne opiłki ferrytu. Kobietę, dla której można zabić, by być tylko z nią, choć przez chwilę. O której się myśli po przebudzeniu, przez zaśnięciem i w niespokojnych objęciach Morfeusza. Czy spotkał kiedyś swoją gwiazdę?

– Nie spotkałem, bo nie istnieje – odparł.

A jednak się mylił. Skąd ma pewność? Bo jestem dziś lżejszy od fotografii, z których mnie teraz wycinasz. Milczę, bo i tak jestem martwy, spadając w dół. Bo nie wiem, gdzie jest dno, a lot boli jak najstraszliwsza katusza. Bo znów siedzę sam wśród czterech ścian i tylko z Tobą płonąć chcę. Chcę jeszcze raz z Tobą być, jeszcze raz dotknąć, jeszcze raz uwolnić sny. Bo wciąż pragnę Cię, mimo że zabierasz wszystkie marzenia, że twoje „Przepraszam” tak rani. Mimo, że każdego dnia wyrywasz mi serce, a ono rano odrasta.

Możesz być gdzieś bardzo daleko stąd, możesz zabrać wszystkie sny. Ja wciąż będę Cię szukał. To ja przepraszam za miłość. Wybacz, że jesteś mi bliska.

Mijają dni, nie warto ich liczyć. Wciąż czekam zakochany beznadziejną, bezsilną miłością. Choć wiem, że nigdy nie będziesz moja, mimo że tak samo mnie kochasz. Bo to Ty jesteś moją gwiazdą.


Gdzie byłaś całe moje życie?



Purchase this book or download sample versions for your ebook reader.
(Pages 1-8 show above.)